Skip to content

Złoty ząb ukraińskiego muzyka – Sasha Boole „Golden Tooth” – recenzja

Coraz częściej, szukając trochę wyciszenia sięgam po piosenki country lub folk. To jedne z gatunków, które dobrze na mnie działają, pozwalają trochę odsapnąć. Co istotne, coraz częściej właśnie te gatunki zabieram ze sobą do samochodu. Tak było z płytą „Golden Tooth” – ukraińskiego muzyka Sashy Boole.

Sasha jest przedstawicielem ukraińskiej sceny folkowej. Na pewno jednym z jej najciekawszych przedstawicieli. I co istotne, to taki folk podchodzący pod country. Wyobraźcie sobie jakiś western i właśnie takiego barda z gitarą, który jeździ od miasteczka do miasteczka. Takiego, który śpiewa swoje piosenki w lokalnych barach (albo jak w westernach – salonach). Lekko zachrypnięty, popijający cały czas szklanką whisky.  Muzyka, który po skończonym występie, rusza do kolejnego miasta, aby opowiedzieć swoją muzyczną historię.

Dobra, może przedobrzyłem, ale tak właśnie odbieram muzykę Sashy. Za sprawą Borówka Music ten ukraiński muzyk w Polsce jest coraz bardziej znany – zagrał już u nas ponad 150 razy, a teraz jest w kolejnej trasie. W maju 2017 roku wydał swój trzeci album – „Golden Tooth”. Wsparł go przy tym producent Aleksander Istratij.

W jego utworach słuchać inspirację znanymi, m.in. Neilem Youngiem. Ale nie jest to dokładnie to samo. Nie wynika to jednak z jakichś braków, ale tego, że Boole straa się wypracować swój własny styl. I dzięki temu, że autor się inspiruje, ale dodaje dużo do siebie – ta płyta jest naprawdę dobra.
Kawałki takie jak „Play and Pray” czy „Not the place where i belong” – wpadają w ucho. To nie tylko klimatyczne utwory na wieczory, wyciszenie, ale kawałki, do których fajnie jest wrócić w innych momentach. Ja na przykład dorzuciłem do playlisty, której słucham w pracy. Słychać banjo i harmonijkę, co mocno podbija efekt country. Co ważne, Sasha przy każdym utworze pamięta, aby nas czarować. Słuchając tej płyty, naprawdę można się odprężyć.
Stopniowo Sasha też trochę się wycisza. Czy to dobrze? Jak dla mnie tak. Bo mam różnorodność utworów, do których mogę wracać w różnych sytuacjach. Cały album przesłuchałem ciągiem dwa razy. I tu chyba jedyny minus – więcej już nie mam potrzeby. Warto jednak zaprzyjaźnić się z Sashą Boole, bo naprawdę warto. A jestem pewien, że w kolejnych utworach jeszcze nas zaskoczy i zaczaruje.
YouTube Preview Image