Skip to content

Arcydzieło! [„Nietykalni” – recenzja]

 Arcydzieło. Niesamowicie naturalny film. Wesoły. Nie wiem, jak można najlepiej opisać francuskich „Nietykalnych”. Najprościej napisać, że jest to najlepszy film, jaki widziałem od paru lat! 

Philippe jest sparaliżowany i niesamowicie bogaty. Ze względu na swój stan, musi cały czas być pod czyjąś opieką. Los podstawia mu Drissa, czarnoskórego chłopaka z przedmieścia. Driss wyszedł z więzienia, w domu się nie przelewa, a on sam chce jedynie dostać zasiłek. Ale praca u Philippe zmienia wszystko…

Driss słucha rapu, jest wulgarny i prostolinijny. Nie zna się na sztuce, nie rozumie trudnych słów i ciągle się śmieje. Philippe jest zupełnie inny, lubi oglądać obrazy, słuchać poważnej muzyki i przeważnie jest smutny.

Czy takie dwie osoby mogą się dogadać? Oczywiście, że tak. Ba, między mężczyznami może stworzyć się niezwykle silna przyjaźń. Driss jest jedyną osobą, która nie lituje się nad Philippem, potrafi się z niego i z nim śmiać. Jest prostym człowiekiem, ale nie głupim.

„Nietykalni” to piękny, prawdziwy obraz. Film skupia się na dwóch postaciach, ich osobowościach. Tło? Jest tylko dodatkiem. Muzyka – uzupełnia (oddzielnie też słucha się wspaniale!). To film o smutku, ale opowiedziany w sposób wesoły. Pokazujący, że każdego dnia trzeba czerpać z życia jak najwięcej. Na każdego z nas czeka przyjaźń, która może zmienić całe życie.

Dwa światy, dwóch zupełnie różnych ludzi i jedna przyjaźń. Szczera, niespotykana i sprawiająca, że jest się nietykalnym.