Skip to content

Ekstremalny poziom zajebistości [„Dark Knight Rises” – recenzja]

Poziom zajebistości tego filmu jest wprost proporcjonalny do moich oczekiwań, wobec niego. „Mroczny rycerz powstaje” to piękne zakończenie fantastycznej trylogii. Christopher Nolan stworzył rzeczywistość filmową, która stawia go wśród największych ludzi w historii kinematografii.

Jak można zmierzyć poziom zajebistości? W przypadku nolanowskiej historii „Batmana” wystarczyłoby zliczyć, ile razy mówiliśmy słowo „epickie”. W „Mroczny rycerz powstaje” kilkanaście razy właśnie tak pomyślałem, o tym co widzę na ekranie.

Poprzeczka wobec ostatniej, kończącej części historii była naprawdę wysoko zawieszona. Niesamowita i ostatnia rola Heatha Ledgera, efekty specjalne z najwyższej półki i fabuła, która zapierała dech w piersiach od początku do końca. Taki był „Mroczny rycerz”. Atmosferę podgrzewały zwiastuny i zdjęcia z planu nowego filmu. I niekończące się pytania: Co dalej z Batmanem? Kto będzie bronił Gotham?

I „Mroczny rycerz powstaje” sprostał oczekiwaniom. Fani serii na pewno nie będą zawiedzeni. Cała reszta? Może liczyć na niesamowite emocje i opadniętą szczękę z wrażenia. Nolan stworzył swój świat, alternatywną rzeczywistość. I powiedzmy sobie szczerze, cholera to było takie prawdziwe. Batman nie jest superbohaterem pełną parą. To człowiek z krwi i kości, który też odczuwa strach, który odczuwa ból. Jedyne, co go wyróżnia to chęć i siła walki o ludzi. Miłość do ukochanego miasta, która daje mu siłę.

Wizualnie nowy Batman to majstersztyk. Gotham pokazane jest w pełnej krasie. Do tego wkraczamy też na ulicę, a nawet do kanałów. Latający „Nietoperz”, zaskakujący motocykl to tylko gadżety, ale wpływające na odbiór filmu. Do tego wspaniały obraz uzupełniony muzyką mistrza Hansa Zimmera. Ale tak naprawdę to nie efekty, zdjęcia czy muzyka są atutem tego filmu. Batman podoba się, bo jest wspaniale napisany. Jak już wspomniałem – Nolan stworzył alternatywną rzeczywistość. Fabułę oplótł różnymi symbolami, przeplata archiwalnym zdjęciami. W jednej z ostatnich sekwencji widzimy komisarza Gordona i Batmana. Jedno zdanie, jedna archiwalna scena – a poziom emocji jest ekstremalny.

Film trwa trzy godziny, ale zupełnie się tego nie czuje. Nolan zaczyna z wysokiego C i tylko na chwilę daje widzowi odpocząć. Ale potem zaczyna swoją filmową uwerturę. Przeplata sceny, pokazuje różne postacie. O każdym nowym bohaterze dowiadujemy się czegoś nowego. To nie są anonimowi bohaterzy, każdy ma jakieś znaczenie. Alfred, w najnowszym Batmanie miał tylko kilka minut. A jest jednym z bohaterówi tego filmu. Nolan zaskakuje. Ale przede wszystkim stworzył fajną trylogię, która stanowi spójną całość.

Twórcy musieli zmierzyć się też z postacią Jokera. Mistrzowska kreacja Heatha Ledgera zmieniła postrzeganie filmowych czarnych charakterów. Dlatego tak wielką niewiadomą był Bane. I choć Tom Hardy dał z siebie wszystko, to z Jokerem nie może się równać. Ale jest to też zupełnie inna postać. Joker wierzył w chaos, szaleństwo. Bane jest inteligentny. Wszystko dokładnie planuje. Jest czystym złem, jak mówią o nim w filmie. Na zakończenie serii, Bane okazuje się najlepszym czarnym bohaterem. A do tego ten głos, równie przejmujący co ten Dartha Vadera.

Mówi się, że nieważne jak się zaczyna, ale jak kończy. Christopher Nolan niesamowicie zaczyna i tak samo kończy. I po ostatnim seansie pozostaje tylko myśl: „ja chcę jeszcze”. Ale nie! Dajmy szansę innym, na własną interpretację człowieka-nietoperza. A Nolanowi pogratulujmy i zapamiętajmy, jako tego, który stworzył historię Mrocznego Rycerza, obrońcy Gotham.

Reżyser: Christopher Nolan

Scenariusz: Jonathan Nolan, Christopher Nolan

Zdjęcia: Wally Pfister

Obsada: Christian Bale, Gary Oldman, Tom Hardy, Joseph Gordon-Levitt, Anne Hathaway, Marion Cotillard, Morgan Freeman, Michael Caine

Muzyka: Hans Zimmer