Skip to content

Polskie kino: level international?

Jeszcze na początku roku narzekałem, że polskie kino sięgnęło dna. Po latach durnych komedii chodziły mi po głowie hasła w stylu: szlam, gówno i kino dla idiotów. Ale przyszedł chyba czas na zmiany. Po nominowanym do Oscara „W ciemności”, udanej komedii „Listy do M”, głośnym „Jesteś Bogiem” i fenomenalnej „Róży” polskie kino nabrało rumieńców. W kinach jest już intrygująca „Obława”, a już czekamy na nowy film Pasikowskiego – „Pokłosie”.

Polskie kino swoje najlepsze czasy święciło jeszcze w PRLu. Tamtego czasu nie pamięta już współczesna młodzież. Wielu moich kolegów nie zna takich filmów jak „Sanatorium pod Klepsydrą” czy „Przesłuchanie”. Coraz mniej osób cytuje też „Misia” Barei czy „Seksmisję” Machulskiego. A co tu mówić o Cybulskim czy kinie moralnego niepokoju? Nawet „Samych swoich” w telewizji oglądają chyba już tylko starsi. Po tamtym pięknym okresie ostało się naprawdę niewiele. Powiedzmy szczerze, dla wielu to już prehistoria.

Teraz inaczej wartościuje się filmy. Sama fabuła nie wystarcza. Muszą być jeszcze nazwiska, dobre efekty i naprawdę porządny klimat. Każdy widz dopowiedziałby jeszcze coś swojego. Zmieniła się rzeczywistość, zmieniły się oczekiwania. Ale wydaje mi się, że kino nie nadążało. Możecie powiedzieć, ale przecież był Pasikowski, Machulski, Koterski. A potem? Nic. Jeżeli powstawało coś wartościowego, to nie rozumiała tego widownia. Zabrakło kompromisu między twórcą a widzem. Polskie kino stoczyło się do poziomu „Ciacha”, „Gulczas, a jak myślisz?” i innych durnot. Dobre filmy powstawały wyjątkowo – z częstotliwością jeden lub dwa na rok. Ale i tak nie były sukcesami kasowymi. Widz został przyzwyczajony do miernoty.

Wreszcie przyszło orzeźwienie. Rok 2011 – co to był za czas. „Wymyk”, „Czarny czwartek”, „Sala samobójców”, „Lęk wysokości”, „Listy do M.”, „W ciemności”, „Róża”. Zabłyszczały prawdziwe talenty, gwiazdy, perełki – Dorociński, Kulesza, Stuhr, Gierszał, Więckiewicz. Oprócz Gierszała to były uznane nazwiska. W zalewie kiczu nie miały szans zaświecić. Wystarczyło kilka produkcji, żeby naprawdę zaistnieli. Wyszli z kulturalnego podziemia i uratowali polskie kino. Pokazali jego nowy obraz. Cholera, w końcu było co oglądać.

2012 już jest równie dobry. Rewelacyjne „Jesteś Bogiem” (recenzja), „Yuma”, w kinach od paru dni „Obława” (znowu Dorociński!), intrygująca „Miłość” Fabickiego, zbierający dobre recenzje film „Być jak Kazimierz Deyna” i oczekiwane „Pokłosie”. Nie jest idealnie, bo nadal powstają produkcje typu „Kac Wawa”, ale nasze polskie kino odżywa. Ludzie zaczynają znowu chodzić na polskie filmy. Zaczynają je doceniać, stawiać wyżej niż importowane produkcje. Czuję, że znowu będziemy się cieszyć pięknym filmowym okresem.

YouTube Preview Image

 koziolkuj