Skip to content

To mógł być ważny film. The Circle – recenzja

„The Circle” to film, który miał wszystko, żeby być filmem ważnym. Temat, który jest bardzo aktualny i wymaga od widza podjęcia dyskusji. Ale niestety, coś się w tym wszystkim nie udało. 

The Circle – recenzja

Jest w tym filmie taka scena, w której główna bohaterka pojawia się w tytułowej firmie Circle. Trwa jej rozmowa rekrutacyjna, padają różne pytania. W pewnym momencie rekruter pyta: czego się najbardziej boisz? A Mae, główna bohaterka odpowiada: zmarnowanego potencjału. I właśnie tak czuje się po seansie filmu „The Circle” – Jamesa Ponsoldta (reżyser m.in. „Cudowne tu i teraz„).

Z założenia ten film miał wszystko, żeby być filmem ważnym. Niekoniecznie genialnym filmowo, ale ważnym społecznie. „The Circle” opiera się o problem prywatności w cyfrowym świecie. Firma, w której pracę znajduje Mae, zajmuje się rozwojem różnych cyfrowych usług – od serwisu społecznościowego, po hostingi, analizę danych i tworzenie urządzeń do zbierania tych danych. Ich celem jest, upublicznienie jak największej ilości danych o ludziach. Tu mamy fajnie pokazane na przykładzie samych pracowników, gdzie firma wie o nich wszystko – od tego, czy są społecznie zaangażowani, czy biorą udział w firmowych wydarzeniach, jak się czują ich rodzice i przede wszystkim, jak się czuje sam pracownik (robią to m.in. za pomocą specjalnej opaski na dłoń). W swoich planach idą jednak dalej i chcą na całym świecie rozstawić niezliczoną liczbę kamer. Wszystko ma być jak najbardziej dostępne. 

Dla przykładu takiego działania, namawiają Mae do tego, aby relacjonowała całe swoje życia – od świtu do nocy. W pewnym momencie, bohaterkę obserwuje ponad milion osób, a ona sama coraz bardziej angażuje się w rozwój firmy. 

W tej samej rozmowie rekrutacyjnej, którą już opisałem – pada pytanie, co jest ważniejsze dobro jednostki czy ogółu. Bohaterka stawia znak po środku. Odpowiedź na to pytanie, na podstawie samego filmu, już nie jest prosta. A potem akcja toczy się w taki sposób, że możemy zadawać kolejne pytania: 

  • czy zgadzamy się na pełną inwigilację naszego życia?
  • czy mamy prawo do prywatności?
  • czy pełna transparentność nie pomoże światu (m.in. w złapaniu przestępców)?
  • kto powinien odpowiadać za przechowywanie/posiadanie tych danych?
  • jaka powinna być nad tym kontrola?

W pewnym momencie pada nawet propozycja, aby zmusić obywateli do głosowania w wyborach. Mae proponuje, aby każdy obywatel USA miał obowiązek zarejestrować się w ich platformie, która byłaby oficjalnym miejscem do głosowania. 

To są tematy ważne, na które ja nie umiem dać jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony, chciałbym, żeby była możliwość wykorzystania technologii do zapewnienia nam bezpieczeństwa, ale z drugiej nie godzę się na łamanie prawa do prywatności czy do zmuszania kogokolwiek do korzystania z całego cyfrowego świata.

Według mnie to jest bolączka tego filmu. Jest podejmowany ważny temat, ale twórcy nie pokazują nam swojego zdania. Większość obrazów w produkcji, pokazuje rozwój technologii w kierunku pełnej otwartości, ale z drugiej strony wydźwięk tego filmu jest negatywny do takich postaw. Można zgłupieć. Drażni mnie brak jasno zadeklarowanego zdania, które pozwoliłoby rozmawiać o prywatności w kontekście filmu, a nie w oderwaniu od niego. 

Kończmy to szybko…

Filmowo to średnia produkcja. Trochę się dłuży, bo tempo choć mało zawrotne, potrafi totalnie siąść. Aktorsko też nie jest rewelacyjnie. Emma Watson i Tom Hanks grają fajnie, ale bez fajerwerków. Totalnie rozczarowuje postać Johna Boyegi, który na ekranie pojawia się zaledwie kilka razy i ma beznadziejne dialogi. Współpracownicy Mae z Circle są mega sztuczni i bardziej przypominają jakieś roboty niż ludzi. To czego jednak nie można wybaczyć ekipie odpowiadającej za film to… finał. 

Pisanie scenariusza finału widzę tak: – Ej dobra, trochę przeciągnęliśmy film. Kończmy to szybko.

Próbowali zrobić twist, który twistem nie był. Próbowali wyrazić jakieś zdanie, ale udowodnili, że w tym temacie raczej go nie mają. Próbowali… szkoda gadać. To było jedno z najgorszych filmowych zakończeń, jakie widziałem.

Bardzo, ale to bardzo żałuję, że nie poświęcono scenariuszowi trochę więcej czasu. Ten temat nawet za rok byłby aktualny, a do tego czasu można byłoby go dopracować. Wiecie, czego ja się boje w filmach? Zmarnowanego potencjału. A ten film miał potencjał.

The Circle – recenzja