Skip to content

Logan: Wolverine – recenzja

Jestem wielkim fanem filmowych historii o superbohaterach. Ale umówmy się – to w dużej mierze stawiające na efekty produkcje, a coraz rzadziej porządne historie i bohaterowie. A jednak, można zrobić kino superbohaterskie na mega wysokim poziomie. Przeczytajcie: Logan: Wolverine – recenzja.

Na start, od razu przyznam – nie mam nic do tego, że filmy Marvela czy DC są takie efekciarskie. Nie przeszkadza mi też szczególnie, że postacie są bardzo ogólnie rozrysowane. Gdy idę na film o superbohaterach, to chcę się dobrze bawić, dlatego tak dobrze przyjąłem „Deadpoola” czy „Strażników z Galaktyki” i nade wszystko lubię Hulka. Szczerze mówiąc, do pewnego momentu, bałem się wszelkich prób i zapowiedzi, zrobienia z tych filmów „coś więcej” (jak w Batman vs. Superman). Dlatego miałem wątpliwości, czy „Logan: Wolverine” może się udać.

Logan: Wolverine – recenzja

Słowem wstępu – Wolverine to kolejny superbohater, którego fanem nigdy nie byłem (podobnie jak Kapitan Ameryka czy Spider-Man). I prawdę mówiąc, uważam, że Hugh Jackman w X-Menach wypadał w tej postaci słabo. Ale wystarczyło dać mu zagrać tego samego bohatera, ale praktycznie bez ograniczeń (kategoria filmowa R) i od razu coś zaiskrzyło.

Przyznaję szczerze – „Logan: Wolverine” zrobił na mnie niesamowite wrażenie i do końca się emocjonowałem. Nawet mimo to, że sama fabularnie ten film jest prosty i przewidywalny. Ale co z tego, jeżeli cała reszta gra. I nie myślcie też, że prosta historia to zła historia. Tu „Logan” broni się po trzykroć. Fabuła jest tylko przestrzenią, w której bohaterowie się poruszają. I daje im doskonałe pole do popisu. W końcu, nie mamy też do czynienia z kinem o superbohaterach, w którym na szali leżą losy świata. Nareszcie dostaliśmy historię, która pokazuje nam superbohaterów jako normalnych ludzi – ze zwykłymi dramatami – chorobą, uzależnieniem, zgorzknieniem, ale też przywiązaniem do innych i lojalnością. To sprawia, że „Logan” jest bardziej kameralnym dramatem niż kinem superbohaterskim, jakie najczęściej możemy oglądać.

„Logan” to historia o zmierzchu mutantów, pokazana na przykładzie Logana i Charlesa Xaviera (+ Caliban). Ukrywający się gdzieś w Meksyku, obaj schorowani i nie do końca panujący nad swoimi mocami. Ale przede wszystkim, obaj gdzieś wspominający czasy przeszłości. Dogorywanie na emeryturze i marzenia o jachcie, kończą się, gdy w ich życiu pojawia się Laura, młoda dziewczyna ze zdolnościami podobnymi do Logana. A wraz z nią, grupa pościgowa złożona z wyszkolonych najemników.

James Mangold zrobił z tego filmu, bardzo dobrego kino drogi. I w tej podróży, zaczął kształtować i rozwijać relacje między bohaterami. W pewnym momencie, słyszymy nawet, że przedstawiają się, jako ojciec z córką i ich dziadek. I właśnie, tak wyglądają tak rozmowy. Xavier pouczający swojego przyjaciela, jak ojciec. Dający mu rady, starając się nakierować na dobrą drogę. I z drugiej strony, Logan w relacji ojcowskiej dla młodej Laury – krytyczny i wkurzony. Ale z każdą chwilą, coraz bardziej angażujący się. To nie jest oczywiście w kinie nic nowego, ale w „Loganie” to działa.

Bo siłą tego filmu są… aktorzy. Hugh Jackman pokazał, że jego Logan to postać naprawdę emocjonująca. Już nie wiecznie wkurzony, ale przeżywający sytuację. Zraniony i zmęczony. Szczerze mówiąc, to jego jedna z lepszych ról. Czułem jego złość, czułem zniechęcenie. Ale jego rola mogłaby nie być tak udana, gdyby nie fantastyczny debiut Dafne Keen. Kamienna twarz, niemożliwa wręcz dla dziecka w jej wieku, pokazywała, że za nią ciągnie się tragiczna historia i jakiś ból. Gdy krzyczała, słychać było i złość i strach. Mieszająca swoją pewność siebie i brutalność w walce z zagubieniem. Relacja między dwójką to prawdziwa perła – od samego początku widać, jak ona się rozwija i jak jest skomplikowana.

I warto docenić też to, że w filmie naprawdę leje się sporo krwi. Wolverine z poprzednich filmów machał swoimi szponami – trup niby ścielił się gęsto, ale to wszystko było zbyt sztuczne. A tu, w końcu bohaterowie, gdy walczą to na całego. Tak jak byśmy się tego spodziewali – ostrza wbijają się chyba we wszystkie części ciała. Odrywane są kończyny, a krew prawie spływa po ekranie. „Logan” to bez wątpienia film, na którym trzeba być gotowym na brutalność. Całość jest pokazywana na pięknych zdjęciach, ale nadal utrzymanych w bardziej kameralnym klimacie.

Idealna mieszanka brutalności, aktorstwa, historii, klimatu, emocji. Tak można by podsumować film „Logan: Wolverine”. Ja, jak najbardziej wszystkim polecam.