Skip to content

Liga Sprawiedliwości – recenzja

Liga Sprawiedliwości miała być hitem. Filmem, który po paśmie słabych lub co najwyżej średnich wyników finansowych, w końcu podbije box office. I… wyszła klapa.

Tekst powstał dzięki współpracy z Multikino Olsztyn, w którym film został obejrzany :)

 

Jeszcze tego samego wieczoru, gdy obejrzałem Ligę napisałem na Twitterze:

Liga Sprawiedliwości – recenzja

 

Tak jak dziś podsumowałem sobie ten film, to mam taki obraz. Ktoś zdecydował, że robimy film w stylu „Batman vs. Superman” – poważny, mocno dramatyczny, w ciemnych klimatach, momentami mroczny. Ale potem ktoś inny wpadł na pomysł, hej no „BvS” zebrał trochę dobrych recenzji, wyniki miał też trochę lepsze, ale może wykręcimy coś w stylu Marvela. I wykręcili z tego scenariusza takie coś, co to oni nie jest w klimacie filmów DC, ani nawet się nie zbliża do Marvela. Takie nie wiadomo co.

Liga Sprawiedliwości im po prostu nie wyszła. W tym filmie nie klei się większość rzeczy:

  • wprowadzanie nowych postaci jest marne – pocięte i słabo wytłumaczone
  • dialogi są autentycznie z dupy – na przykład rozmowa Aquamena z Merą po zabraniu Mother Boxa
  • dowcipy są wymuszane
  • efekty są mizerne (szczególnie te ze Steppenwolfem)
  • niektóre rzeczy w historii są słabo opowiedziane (jak to kim jest i skąd wziął się bad guy)

Nawet najbardziej luzackie postacie jak Aquamen i Flash grają, jakby mieli kije w wiadomych miejscach. Jeszcze Flasha jakoś da się oglądać i słuchać, bo te jego niezdarne wstawki są ok, ale jak biega… jak pokraka. 

Jedyne, co zasługuje na pochwałę to muzyka. Ta Danny’ego Elfmana ze starego Batmana. I kilka dobrych piosenek.

W skrócie: odpuśccie sobie Ligę, idźcie na film „Najlepszy”! :)

Tekst powstał dzięki współpracy z Multikino Olsztyn, w którym film został obejrzany :)

 

Premiery filmowe w 2017 roku