Skip to content

Król Artur: Legenda Miecza – recenzja

Król Artur: Legenda Miecza to dobrze opisana, fantastyczna opowieść, która nie pretenduje do bycia niczym więcej niż dobrą rozrywką. Mi to całkowicie wystarcza i w kinie bawiłem się naprawdę przednio.

Król Artur: Legenda Miecza – recenzja

Guy Ritchie udowodnił, że od jego filmów trzeba oczekiwać przede wszystkim dobrej zabawy. Co więcej, mi jego filmy coraz mocniej kojarzą się z długimi teledyskami. Ale czy to jakiś problem? Ma gość swój styl. Ja go za to lubię, bo nie obiecuje nie wiadomo czego. I Król Artur: Legenda Miecza taki właśnie jest. Szybki, efektowny, efekciarski, ale też mega łatwy i przyjemny w odbiorze. Dawno nie czułem się po filmie tak rozluźniony i z myślą, hej… obejrzałbym to jeszcze raz.

Ritchie nie bawi się w jakieś dyrdymały, które może i poszerzyłyby ten film o ciekawe wątki, ale nie wniosłyby nic większego do akcji. Założenie jest jedno: ma być dynamicznie i ma się dziać. Nie daje widzom żadnej chwili wytchnienia. Ale nie jest też tak, że dostajemy zadyszki. Już na samym początku narzuca szybkie tempo – atak na Camelot, pierwsze starcie, zdrada brata, dzieciństwo Artura. Wszystko dzieje się w kilka minut. I chyba każdy wie już jaka jest sytuacja – zły uzurpator, dobry choć wychowany w burdelu przyszły król. Bang.

Chwila później, a już nasz bohater wyciąga legendarny miecz z kamienia. Klatka, może dwie, a już ucieka wraz z rebeliantami. Wszystko oczywiście okraszone… mega zdjęciami, efektami specjalnymi i popisami kaskaderskimi. Jasne, to wszystko mogłoby być opowiedziane ciekawiej, ale wtedy nie mielibyśmy tej teledyskowej formy, tego dynamizmu. (chociaż jest tu kilka smaczków – cameo Beckhama, nawiązania do Hitlera itp.). Wtedy mielibyśmy zwykłą historią. A jak widać dla Ritchie’go zrobienie zwykłego filmu to żaden wyznacznik.

Król Artur: Legenda Miecza może i trwa dwie godziny, ale akcja dzieje się mega szybko. I fajnie to tempo podkreśla, a niekiedy nawet podkręca muzyka. Klimatyczna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Daniela Pembertona daje kopa i spokojnie można do niej wracać po obejrzeniu seansu. Udała im się też obsada. Charlie Hunnam może i nie ma ambitnych dialogów, ale hej… nadrabia to swoim charakterem. Wpasował się w tą konwencję, a w scenach walki wygląda naprawdę porządnie. I fajnie, trochę zadziornie, prezentuje się też w scenach humorystycznych.

Król Artur: Legenda Miecza. Kadr z filmu

Astrid Berges-Frisbey jako wspierająca go czarodziejka, może na początku nie przekonuje i zdecydowanie ginie przy Hunnamie, ale z każdą minutą na ekranie, udowadnia, że jest tu nie dla przyćmienia kogokolwiek, ale dla zrobienia klimatu. Genialnie gra Jude Law, ale jeszcze bardziej doceniłbym Aidana Gillena. Kiedyś sądziłem, że będzie to aktor jednej roli („Gra o Tron”), ale hej… ten gość jest i zabawny i charakterny. I gość, którego uwielbiam od lat – Djimon Hounsou. Fajnie pokazano też przyjaciół Artura, których grają Neil Maskell i Kingsley Ben-Adir. Tak naprawdę, nie ma tu słabych punktów.

Sprawdź też: Najciekawsze premiery filmowe w 2017 roku!

To co mnie urzekło w tej interpretacji Króla Artura, to właśnie nowe podejście. Nie pokazujemy pełnych patosów obrazów, rycerzy w lśniących zbrojach, dziewek na dworach i tak dalej. Ma być brud, krew i walka. Ma być szybko, ma być konkretnie, a nie pitu pitu. I ta forma teledysku to oddaje – krótkie sceny, na przemian dłuższe i krotkie, szybko i wolno. Wszystko podszyte muzyką. I finałowe sekwencje, które szczerze mówiąc skojarzyły mi się z zwiastunami gier. Było kilka takich zwiastunów, gdy ludzie komentowali: wow, chcielibyśmy mieć takie efekty przy filmach. No to proszę – macie. To, co zrobił Ritchie jest po prostu mega. Żadne tam brzdęk, brzdęk stali.

Ten film nie obiecuje nam oscarowej fabuły, dramatycznych uniesień. Mamy się porządnie bawić. Ma być konkret. I był. Ja jestem zachwycony.