Skip to content

Jak chciałem zostać aktorem, czyli mój pierwszy casting

Chcecie wiedzieć – jak chciałem zostać aktorem? Przyznam się wam, że czasami sobie myślałem, jakby to było być gwiazdą kina lub w ogóle kimś związanym z filmem.

Brałem się nawet za pisanie scenariusza (napiszę w końcu!), ale swoją karierę filmową odpuściłem, zanim na dobre się zaczęła ;-). No dobra, ale nie mogłem przepuścić castingu, który odbywał się zaledwie 50 km ode mnie. Wierzcie mi… na Warmii i Mazurach nie często dochodzi do takich wydarzeń. Stało się…wziąłem udział w swoim pierwszym castingu i kto wie, może rozpocząłem nowy etap w życiu – filmowy ;-).

Jak chciałem zostać aktorem?

Powolutku.  Na początku roku do Ornety zjechała ekipa filmowa na czele z Krzysztofem Krauze i Joanną Kos-Krauze. Małżeństwo podjęło się ekranizacji historii cyganki „Papuszy”, która zaniechała koczowniczego trybu życia i opisywała dzieje i obyczaje Cyganów. Została za to oskarżona o zdradę cygańskiej tajemnicy i języka. To tak w skrócie, bo ogólnie historia filmowej bohaterki jest niezwykle ciekawa i zasługuje na odrębny wątek.

W lutym ekipa swoje nakręciła, a kolejne zdjęcia zaplanowano na wrzesień. Ale wcześniej trzeba znaleźć statystów i epizodystów. Do Ornety jest niewiele ponad 50 km, więc czemu nie spróbować? Zwłaszcza, że takich ciekawych wydarzeń filmowych u nas nie ma wiele  ostatnio (w ubiegłym roku kręcono „Róże”!). Do tego film kręcić będzie Krzysztof Krauze, wybitny reżyser („Plac Zbawiciela”, „Mój Nikifor”, „Dług”).

Nie zasłaniajcie piersi. To wam pomoże

Miejski Dom Kultury w Ornecie przeżył małe oblężenie. Przed nami było około 100 osób (z osobami towarzyszącymi). Za nami pustka, więc nadzieja na role duża, bo ekipa szukała 150 osób. Głównie młodzi ludzie. Wiekowo wyglądali na gimnazjum. Kilku starszych panów i pań. Szło to wszystko powoli. Ale towarzystwo było przednie. – Drogie Panie, ja mam dla was dobrą radę. Jak będziecie miały numerek to nie zasłaniajcie piersi przy zdjęciach. To wam pomoże – radził starszy mężczyzna, młodym dziewczynom.

Byli też eksperci w castingach, ale w mojej ekipie towarzyszącej.  Ktoś tam nawet coś czytał, ale scenariusz to raczej nie był. Był tłum, było śmiesznie. Kolejka ruszyła i bach, dotarliśmy. Mały zawód na miejscu. Byliśmy gotowi śpiewać, klaskać, tańczyć. Chcieliśmy nawet się chwalić zajmowanymi stanowiskami i dokonaniami ze szkoły podstawowej. Skończyło się na podaniu podstawowych danych: Imię, nazwisko, numer telefonu, e-mail. I zdjęcia.

Pierwszy casting mam za sobą

97! Z takim numerkiem wyskoczyłem do zdjęcia. Jak się szczerze, to nie wyglądam najlepiej, a za głupią minę to pewnie w łeb bym dostał. Próbowałem na poważnie. Dopóki miałem numerek było ok, ale bez niego zacząłem już się podśmiechiwać. Tyle fotek mi zrobił, że już się zastanawiałem – albo widzi we mnie gwiazdę, albo wyglądam tak tragicznie, że jakoś próbuje ratować moje zdjęcie.

Przede mną byli moi towarzysze – numer 95 Emilia i 96 Kamil. Oboje to wyjadacze. Przyznali się do udziału w wielu programach: „1 z 10”, „Szansa na sukces”, „Od przedszkola do Opola”. Więc ja jedyny amator w grupie.

Miałem trochę inne wyobrażenie castingu, ale co tam zawsze jakaś przygoda. A może się uda. W każdym razie – pierwszy casting mam za sobą.  Współczuję trochę młodym hollywoodzkim aktorom, którzy na castingach spędzają całe dnie. Ale kto powiedział, że droga do sławy będzie usłana różami.

 

Published inLIFEmyself