Skip to content

Godless – recenzja

Netflix co jakiś czas wypuszcza nowe seriale. Ja ostatnio postanowiłem obejrzeć Godless. Western z Jeffem Danielsem w roli głównej. I powiem Wam, że to jedna z lepszych produkcji Netflixa, jaką dotąd widziałem.

Godless – klimat + historia

Zacznę od tego, że lubię westerny. Oglądam ich mało, bo generalnie obecnie nie produkuje się ich za wiele. Podoba mi się to, że w takim westernie bardzo prosto robi się klimat i łatwo go utrzymać. A w Godless oprócz klimatu, jest jeszcze dobra historia.

Godless to mini-serial, który opowiada o Royu Goodzie, który przez wiele lat był członkiem bandy Franka Griffina (w tej roli Jeff Daniels), ale w pewnym momencie postanowił ją opuścić. Wraca jakiś czas później i atakuje bandę podczas ataku na pociąg. Zabija kilku złoczyńców i rani Franka, a potem ucieka. Trafia do miejscowości La Belle, którą zamieszkują głównie kobiety (mężczyźni zginęli w wybuchu kopalni).

 

W Godless widać dobrze też to, co co jest wielkim atutem Netflixa. To dowolność w czasie trwania seriali. Nie ogranicza ich ramówka czy przerwy reklamowe. Dlatego odcinki Godless mają różny czas – są i takie, które mają ponad 70 minut, ale jest też odcinek, który ma ledwo 41 minut. I to jest fantastyczne rozwiązanie, bo twórcy po prostu zrobili dobrą robotę – nie musieli spinać się i cudować, żeby zrobić odcinek, który idealnie wpisze się w plan stacji. Nikt nie musiał na siłę dopisywać historii, czy urywać wątków. Po prostu „jest w sam raz”.

Nie ma tu żadnych udziwnień, nie wiadomo jakich zwrotów akcji. Ona przechodzi od sceny do sceny. Widzimy to głównie z perspektywy Roya, ale twórcy pokazują też inne postacie i ich wpływ na to, co się dzieje (lub może się stać). Oczywiście osią wszystkiego, jest chęć zemsty Franka na swoim „synu” z bandy.

W Godless podoba mi się to, że tak naprawdę od początku wiemy, co się wydarzy, ale to nie przeszkadza nam, żeby wciągnąć się w historię. Twórcy bawią się tempem odcinków – niekiedy zwalniając, aby pokazać nam jakieś negocjacje biznesowe, a potem dociskając tempa w strzelaninie. I co ważne, czujemy, że w każdej chwili może coś się wydarzyć. Finałowy odcinek Godless to już w ogóle niesamowita robota – od początku do końca trzymająca w napięciu, intrygująca, ale także tak po prostu… efektowna. Mamy to, z czego westerny słynęły – porządną strzelaninę, trup ścielący się gęsto i prawdziwych bohaterów. Tak naprawdę, w całym serialu jest tylko jedna bezsensowna scena śmierci.

Siłą Godless jest obsada. Tak naprawdę można by długo wymieniać, bo każda osoba wnosi coś do serialu. Ale prawdziwe show kradnie Jeff Daniels, który w roli bezwzględnego Franka jest fenomenalny. Stworzył postać, której boimy się nie ze względu na brutalność, ale nieprzewidywalność i pewne „obłąkanie”.

 

Godless ma wszystko, co powinien mieć bardzo dobry serial. Fabuła, muzyka, montaż, zdjęcia, obsada, scenografia – wszystko tu gra. I powiem więcej… pojawiło się kilka wątków, które można by wziąć kiedyś na warsztat (np. Buffalo Soldiers).