Skip to content

Avengers: Wojna bez granic – recenzja bezspoilerowa

Przybyłem, zobaczyłem i pstryknąłem palcami. Avengers: Wojna bez granic to film zaiste zacny, który łączy w sobie motywy i doświadczenia wszystkich dotychczasowych filmów Marvela. Nic dziwnego, że bije kolejne rekordy.

Tekst powstał dzięki współpracy z Multikino Olsztyn, w którym film został obejrzany :)

Oczekiwania przed Avengers: Wojna bez granic miałem naprawdę wysokie. Rzadko kiedy je sobie robię, bo nie lubię być zawiedziony. No, ale kumulacja tylu bohaterów, zapowiedź śmierci kilku postaci i te zwiastuny z Thanosem (łapanie jego rękawicy przez Capa) – to naprawdę budowało napięcie. I po seansie czułem się… zadowolony.

Historia jest mega prosta – Thanos – mega złoczyńca z kosmosu – zbiera kamienie nieskończoności (które pojawiały się w poszczególnych częściach), aby doprowadzić do śmierci połowy ludzkości. Ostatnim bastionem, mającym chronić galaktykę przed jego planami są bohaterowie z filmów Marvela.

Film jest podzielony na dwie części – pierwsza, czyli zdobywanie kamieni i druga, czyli… finałowa walka. Podział jest dość jasny, nikt też nie powinien mieć problemów z ogarnięciem fabuły. Ale chyba nikt od takiego widowiska nie oczekiwał scenariusza rodem z Benjamina Buttona. Dlatego można było skupić się też na postaciach, a tu mamy moim zdaniem skupienie się na kilku jednostkach: Thorze, Iron-Manie, Doctorze Strange’u i samym Thanosie. Ten pierwszy jest ważny, bo jest żądny zemsty, ten drugi jest w tragicznym miejscu, trzeci wie, co się wydarzy i musi podjąć poważne decyzje. A Thanos… jest postacią bardzo specyficzną, bo choć jest tu antagonistą, to… można zrozumieć jego motywacje. Złoczyńca, nazywany często Szalonym Thanosem, chce zabić połowę mieszkańców wszechświata, żeby chronić ich przed przeludnieniem, a w konsekwencji wojnami domowymi, czyli tym, co spotkało jego rodzimą planetę. Aby to osiągnąć, musi jednak bardzo dużo poświęcić.

Marvel od kilku filmów mocniej skupia się na budowaniu postaci i Thanos jest kwintesencją tego. To postać faktycznie wielowymiarowa, której w pewnym momencie możemy współczuć. We mnie wzbudził jeszcze jedną emocję – bezsilność, gdy widziałem, jak jest jest potężny. Twórcy nie zapomnieli jednak o bohaterach, którzy mają swoje momenty. Ale nie kryją się z tym, kto jest na pierwszym planie.

Avengers: Wojna bez granic czerpie z innych filmów Marvela. Jest tu humor, który znamy z filmów o Iron Manie czy Thorze, powaga rodem z filmów o Kapitanie Ameryce czy Czarnej Pantery. To jest oczywiście dobrze stopniowane, czego niekiedy Marvelowi brakowało.

No i oczywiście Avengers: Wojna bez granic zaskakuje w finałowych scenach. Bezspoilerów: cała sala po filmie siedziała w milczeniu, tak była zaskoczona. Ale… [nadal bezspoilerów, ale z sugestią] – jeśli ktoś zna plany premier Marvela, to może dodać to do siebie i będzie miał jakiś trop na kolejny film.

Mam jedną uwagę do tej produkcji. A właściwie do całego universum. Marvel powoli zapędza się w róg i będzie musiał powtarzać (moim zdaniem) słabe wątki z komiksów. Thanos jest najpotężniejszym przestępcą w dotychczasowych filmach. W kolejnej części BYĆ MOŻE zostanie pokonany. I co potem? Kolejny niesamowicie silny superbohater, a po nim jeszcze silniejszy wróg. I za 10 lat okaże się, że Thanos był leszczem, przy kimś, kto dopiero będzie. Trochę tego nie lubię, ale rozumiem.

Tekst powstał dzięki współpracy z Multikino Olsztyn, w którym film został obejrzany :)

Premiery filmowe w 2018 roku!

Published inLIFE