Skip to content

Autostop – moja pierwsza taka podróż

Najpierw podróż lawetą, potem godzina czekania, w końcu dotarliśmy do Torunia. A potem zmieniliśmy plany i w drogę do Olsztyna zabrał nas ksiądz. Autostop chodził mi po głowie już od wielu lat, ale w końcu się wybrałem w taką podróż.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pomyślałem o wycieczce autostopowej. Pamiętam, że kilka lat temu dowiedziałem się, że jeden z moich wykładowców napisał pracę doktorską o podróżowaniu autostopem, a potem na konferencję pojechał „właśnie w ten sposób”. [Teraz jego podróże, czasem także autostopowe możecie śledzić na kanale na YouTube – Szymon Żyliński]. Jakoś niedługo później, usłyszałem o zawodach autostopowych, które organizuje Akademicki Klub Turystyczny z Olsztyna.

Polega to na tym, że zawodnicy (w parach) wyruszają z Olsztyna do wyznaczonego miejsca. Oczywiście autostopem. Kto będzie pierwszy – ten wygrywa. Tak się złożyło, że jedną z edycji wygrała znajoma. To chyba przez te dwie rzeczy tak się zajarałem samą ideą.

Autostop – dlaczego chciałem spróbować?

No właśnie. Sama myśl o tym, że można w podróży poznać nowe osoby, a do tego nie być do końca pewnym, gdzie się pojedzie i jak uda się podróż. Trochę mnie to kręciło. Trzeba być przygotowanym na wszystko, można planować, ale z tych planów może nic nie wyjść. Trochę inaczej niż w życiu, gdy ma się wszystko ułożone, a ryzyko „niewypału” jest dużo mniejsze.

Wiem, że w temacie autostopu pojawia się często strach. Jakoś nie bałem się łapać stopa, bo zawsze o tym myślałem w ten sposób, że zatrzymują się dobrzy ludzie, którzy też szukają takich przygód. Zresztą, mam prawie 2 metry (bez 10 centymetrów) – rozmiar często odstrasza zbirów :P.

Jak było?

Powiem tak – ciekawe doświadczenie, do którego nie przygotowałem się należycie. Po kolei – najpierw opiszę samą podróż. Wybraliśmy się w nią z moim młodszym bratem. Dla niego autostop to też było coś nowego. Dwóch, rosłych gości (brat jest wyższy), stanęło na poboczu drogi w Maszewie pod Płockiem. Mieliśmy tekturę, do której na spinacze przyczepiliśmy kartkę z napisem Toruń.

Pierwszy samochód zatrzymał się po około 30 minutach. Wcześniej, mieliśmy kilku… żartownisiów. W jednym, choć był zapełniony, pewien jegomość oferował nam, że… nas nie podwiezie. Potem jedna para się zatrzymała, ale gdy do nich ruszyliśmy to odjechali.

Ale udało się. Zatrzymała się laweta. Kierowca podrzucił nas do Sierpca. Po drodze okazało się, że ma wypożyczalnie samochodów i co jakiś czas bierze autostopowiczów. Mimo spore prędkości na drodze – było spoko. A potem zaczęły się schody. Bo w Sierpcu, stojąc przy drodze wyjazdowej, przez długi czas nie mogliśmy nic złapać. Do tego zaczęło padać. Na szczęście, zlitowała się nad nami para, która startowała z Sierpca nad morze. W fajnych warunkach dojechaliśmy prawie do samego Torunia.

Czekając jednak na stopa nauczyliśmy się jednak… znaków kierowców.

Palec w dół skierowany na maskę oznacza, że ktoś jest „stąd”. Rozłożone ręce to pełen samochód, a zatrzymanie się i odjechanie po chwili to specyficzny żart.

W Toruniu popsuła się pogoda i zarządziliśmy zmianę planów. Mieliśmy przejść do wylotówki na Olsztyn, złapać coś i w zależności jak daleko dojedziemy, tam przenocować. Pierwszy kierowca zabrał nas do Brodnicy. I tu nauczyliśmy się kolejnej rzeczy. Na tabliczce napisaliśmy „Ostróda” i „Olsztyn” z drugiej strony. Problem w tym, że bardzo mało kierowców tam jechało. Myśleliśmy, że uda się o tyle, że ktoś zna trasę i wie, że może nas wyrzucić po drodze, ale jednak nie. Udało nam się tylko dlatego, że brat zmienił kartkę na „Brodnicę”, która była pierwszym większym miastem bliżej.

I właściwie w tym miejscu mieliśmy już kończyć i szukać miejsca, aby rozłożyć namiot, ale… zatrzymał się kolejny kierowca. Po 20-30 minutach zgadywania (bo nie chciał nam powiedzieć) – okazało się, że jest księdzem. Świeżo upieczonym, bo święconym zaledwie rok temu. Przez kolejne kilkadziesiąt minut rozmawialiśmy o seminarium, powołaniach, piłce nożnej, urlopach. Do tego, ksiądz Piotr próbował przekonać mojego brata, że warto zostać księdzem. Po drodze postanowił też pokazać nam (a bardziej bratu) – Sanktuarium w Gietrzwałdzie, więc tam jeszcze zwiedziliśmy kilka punktów.

Ostatecznie… z podróży dwudniowej (celem max były Bory Tucholskie, minimum Toruń), zrobił się wyjazd jednodniowy. W ciągu prawie 10 godzin zrobiliśmy trasę Płock – Toruń – Olsztyn. Prawie 10 kilometrów przeszliśmy, a około 275 km przejechaliśmy. Wróciliśmy zmęczeni, bogaci w nowe doświadczenie i zadowoleni, bo naprawdę było fajne. Kiedyś to powtórzymy!

P.S. Autostop odhaczony na liście marzeń :)